Ford F-350 HL to model redukcyjny. Tutaj nie jest ważna prędkość lecz precyzja w odwzorowaniu samochodu. Tego typu pojazdy służą często na pokazy, ponieważ stanowią „raj dla oka”, jednak największy uśmiech pojawia się gdy bierzemy aparaturę w rękę i prowadzimy tego typu model.
Od momentu kupna wiedziałem, że mój Ford musi być wyjątkowy. Bardzo cenię sobie indywidualizm, dlatego też zapragnąłem mieć niepowtarzalny model. Jako fan rajdu Dakar w przyszłości F-350 miał służyć jako Bowler w budzie Forda. Na ten moment była to niezła paranoja, ponieważ nikt wcześniej na świecie nie budował modelu na tego typu podzespołach jakie ja miałem zamiar zastosować. Postanowiłem iść na żywioł.
Gdy model dotarł do mojego domu, przyniesiony przez miłego listonosza od razu zacząłem składanie. Łudziłem się, że zabawy będzie mniej ale myliłem się. Forda składałem - bez malowania karoserii - tydzień. Dzień w dzień po kilka godzin. Począwszy od skrzyni kończąc na mocowaniach karoserii. Całość składało się bardzo fajnie ale po 2 dniach strasznie chciałem wytestować swój upragniony model.
Po złożeniu wyszedłem na podwórko na wcześniej wykopaną trasę. Tutaj (jak opisywałem we wcześniejszym numerze) szok, bo model specjalnie nie jeździł. W sumie dobrze, więcej zabawy przede mną. Po tygodniu skończyłem malować karoserię. Warstwy pokrywały się idealnie. Wszystko byłoby super gdybym wcześniej odtłuścił karoserię - co jest podstawą w malowaniu każdej karoserii.
Pierwsza jazda przed domem to super zabawa. Śliczny niebieski Ford, przemierzający skromną uliczkę, na której mieszkam. Postanowiłem zaatakować pobliskie krawężniki i zobaczyć jak Ford się zachowuje przy… skokach. Moje chore aspiracje off-roadowe skończyły się porysowaną karoserią Forda w kilku miejscach. Nie jest to leksan, że mówi się trudno. Buda Forda jest z ABS - czyli plastik. Po dachowaniu i „dzwonie” budę musiałem wyszpachlować i polakierować na nowo.
Następnym etapem był zakup silnika bezszczotkowego. Po włożeniu nowego serducha do modelu postanowiłem go wytestować. Wrażenie genialne bo Ford „latał bokami” a start z 3 biegu kończył się postawieniem modelu na tylne koła. Oczywiście ewolucja wychodziła tylko na asfalcie. Wrażenie bardzo fajne. Niestety Ford do takiej jazdy się totalnie nie nadaje. Za wysoki środek ciężkości powoduje, że model uwielbia rolować (koziołkować) przez co buda znów nadaje się do szpachlowania i do ponownego malowania. Gdy kolejne spraye zaczęły się kończyć doszedłem do wniosku, że coś trzeba wymyślić…
W międzyczasie testowałem różne rodzaju zawieszenia. Najlepiej spisywał się 4-link czyli zawieszenie na amortyzatorach i na drążkach. Resory są mniej czułe i wolniej wybierają nierówności. Widać to było doskonale, gdy testy odbywaliśmy na wertepach. Przód unosił się lekko do góry, co jakiś czas odbijając się od podłoża, zaś tył pracował mięciutko. Ostateczny wybór padł jednak na resory, gdyż amortyzatory przy szybszych prędkościach kładły model na boki (przy silniku bezszczotkowym) i buch… rolka gwarantowana - czyli od nowa szpachlowanie i malowanie.
Gdy już miałem dosyć szpachlowania, malowania i wstępnych modernizacji - poszerzki nadkoli (różne koncepcje), doszedłem do wniosku, że Bowlera z niego nie zrobię. Mosty jednak to nie wszystko. Musiałbym przebudować cały model, zostawiając same seryjne dyferencjały - bez sensu.
Chciałem mieć bardzo dakarówkę - jednak nie tędy droga.
Czas szybko mijał a ja nadal nie miałem koncepcji. Zainspirował mnie pewien kierowca startujący w rajdzie Dakar, a raczej jego Nissan Navara.
Zmodernizowałem tylnią pakę i nadbudowę, dorzuciłem dwa zapasowe koła na tył, dokończyłem malowanie. Na koniec zostawiłem najlepsze - potężny zderzak rodem z amerykańskich samochodów ratunkowych (w końcu F-350 z USA jest, więc jakiś akcent musiał być).
Model wyglądał coraz ciekawiej i był tym co chciałem osiągnąć.
Dodatkowo podniosłem skrzynię biegów, która poprawiła możliwości terenowe.
Zmieniłem również mocowania serw, tak aby można było inaczej rozłożyć masę. A wszystko po to aby model lepiej sprawdzał się w ciężkim terenie i super wyglądał.
Gdy już odpicowałem do końca swoje wozidełko, postanowiłem się nim pojeździć w lekko zimowych warunkach. Temperatura na zewnątrz -7*C, trochę śniegu - nie za dużo. W końcu były to święta, a w ciągu ostatnich lat przed nowym rokiem nie sypało za bogato.
Po wyjściu przed dom poczułem wszechogarniający mróz. Oczywiście byłem ubrany ciepło ale po 30 minutach jazdy moje palce nie zachowywały się naturalnie… Bolały z zimna choć miałem rękawiczki. Nie będę się rozpisywał o tym jak mi zimno było w zimie bo to raczej jest przewidywalne.
Model lepiej przygotowałem niż samego siebie - pocieszające. Wszystkie dopływy „świeżego” powietrza zostały zakryte lub zaklejone. Przy tych warunkach pakiet rozładowywał się o połowę szybciej ale żal mi specjalnie nie było bo miałem dosyć.
Na koniec wypadu dokoła domu oczywiście musiałem wpaść w poślizg i uderzyć w wystającą studzienkę. Skutkiem tego było rozwalenie białego klosza. Szkoda, bo był ładny. Jednookiego modelu nie chciałem zostawić, więc podczas kolejnych remontów dostał żółte klosze. Totalnie nie pasujące do tej stylistyki nadwozia ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
Gdy projekt miał ujrzeć swój koniec.. tzn miałem go w końcu skończyć, znalazłem na jednym z portali aukcyjnych zabawkę z nadwoziem Land Rovera Defendera, która idealnie wymiarowo pasowała do mojego Forda.
Po kilkudniowych przemyśleniach: czy to na pewno dobry zakup i czy jestem pewien skusiłem się na Landrynkę. Przyznam, że kocham tą markę za prostotę i jednocześnie niesamowitą urodę tego auta. Nie wspomnę o „skromnych” właściwościach terenowych. Istne cudo.
Defender wymiarowo pasował idealnie ale jak przyszło co do czego to się okazało, że tak łatwo to nie będzie. Czekało mnie: skrócenie ramy, zmiana położenia serwa skrętu oraz kilku drobnych elementów. Cały myk w przebudowie polegał na tym, że tył stał się przodem a przód tyłem. Buda została zamontowana na odwrót, przez co silnik wraz z skrzynią znalazł się bardziej na tylniej osi. Musiałem tak zrobić, ponieważ Defender wyglądał by jak Monster- Truck a nie jak Defender. Dzięki temu sposobowi udało się zachować redukcyjność
Mankamentem okazało się mocowanie budy. Ale od czego ma się przyjaciół, którzy podpowiedzą co i jak… Sebastian Sobesto wpadł na ten pomysł mocowania budy na rzepach. Ja go zmodernizowałem po swojemu robiąc to na ceownikach. W sumie wyszła fajna buda, która nawet trzymała się podwozia.
Na pierwsze testy wybraliśmy Kryspinów. Film można znaleźć w serwisach z filmikami on-line. Tytuł: „Tamiya Defender 90” . 3 godziny zabawy zaowocowały ciekawym filmikiem i dwoma dniami czyszczenia modelu - usunięcie błota. Dodatkowo tydzień na wyczyszczenie podzespołów które się przyblokowały.
Po tych testach do zmiany poszły jedynie lekko zwrotnice. Patent znaleziony na ww.rc-trial.pl (bardzo dobra strona poświęcona modelom do Trialu).
Aktualnie karoseria Forda F-350 HL znajduje się na wystawie w sklepie Matsu w Krakowie. C.H. Solvay Park. Ul. Zakopiańska 105.
Model mam już rok. Podsumowując tygodnie pracy i godziny jazdy, uważam że było warto. Budowa modelu oraz samo twórcze myślenie rozwija umysł pod względem technicznym. W artykule opisuję tak prosto, co pozmieniałem, jak i dlaczego. W rzeczywistości były to godziny przemyśleń, również sprawdzania innych ustawień. Tylko po to aby sprawdzić co daje lepsze efekty. Tak nabieram doświadczenia. Zabawa z Fordem pozwoliła mi odkryć mieszanie ze sobą stosowania różnych dziedzin. Przykładowo: zderzak przedni wykonany jest z polutowanych rurek miedzianych. Później został on pomalowany. Nadbudowa zaś z cienkiego PCV. To akurat co ja mam, jest z chlapaczy rajdowych. Znalazłem ścinki i pomyślałem, że się przydadzą… później okazało się to trafionym pomysłem.